Problem migracji z “łuku niestabilności”.

Problem migracji z “łuku niestabilności”.

 

 

Od kilku miesięcy obywatele państw europejskich są karmieni przez media obrazami uchodźców z Bliskiego Wschodu oraz działaniami wojennymi w Syrii. Politycy jak i opinia publiczna, od której niekiedy ci pierwsi są silnie zależni, kłócili się jaką ilość migrantów powinien przyjąć dany kraj Unii Europejskiej. Jednak problem nie leży w “kwocie” uchodźców i migrantów ekonomicznych, choć wiadomo nie od dziś, że media lubią liczby i statystki. Przede wszystkim jest to problem geopolityczny, którego źródeł należy szukać zarówno w zjawisku światowej globalizacji jak i w imperializmie i kolonialiźmie. Migracje są ich efektem ubocznym. Pochodzą one z regionów, które już dziś są pełne politycznego chaosu lub prawdopodobieństwo ich destabilizacji jest wysokie.

 

“Łuk niestabilności” jest to region zagrożony destabilizacją polityczną. Rozciąga się przez Afrykę i Azje, począwszy od położenia takich krajów jak Zimbabwe a skończywszy na Kambodży. W jego skład wchodzą państwa z regionów: niemal całej części wschodniej Afryki, prawie całego Bliskiego Wschodu, oraz Azji Południowo-Wschodniej. Ostrzeżenia płyną zarówno od Amerykańskiej Krajowej Rady Wywiadu, premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona, czy świata nauki w osobie archeologa Iana Morrisa, autora książki o nieco prowokacyjnym tytule “Dlaczego Zachód rządzi- na razie. Co schematy historyczne mówią o przyszłości”.

 

Bezpośrednimi odpowiedzialnymi za destabilizacje Bliskiego Wschodu są oczywiście Stany Zjednoczone i sojusznicy. Ich neoimperialna i neokolonialna polityka zagraniczna, doprowadziła do tego, że w takich krajach jak Libia, Irak i Syria panuje wojna. Nie sposób obalić dyktatora, który zapewniał jakąś stabilność państwową. Trzeba mieć na uwadze to co przyjdzie po nim. Nie sposób obalić S. Husajna czy M. Kaddaffiego, by potem kraj znalazł się w totalnej anarchii. Nie można robić opcji zerowej dla armii (Irak) czy nie brać pod uwagę federalizacji kraju czy nawet podziału (Libia). Powinno się uwzględnić też jakiś okres przejściowy.

 

Już zupełnie inną kwestią jest to, że demokracji nie wprowadza się na bagnetach. Amerykanie są dłużej w Afganistanie niż Sowieci, końca problemów tego kraju nie widać. Z Iraku “dali nogę” tak jak z Wietnamu, po czym wrócili tam by przeprowadzać naloty na tzw. Państwo Islamskie. W Syrii tak zdestabilizowała się sytuacja, że konflikt przypomina wojnę domową w Jugosławii, w której też zawierane były jakieś egzotyczne sojusze.

Obóz dla uchodźców w Zatari (Jordania). Źródło wikipdia.org

Zatem z terenów wojennych uciekają rzesze ludzi, do krajów sąsiednich. Problem w tym, że Turcja i Liban nie są już w stanie utrzymywać tak dużej ilości ludzi. Politycznym ruchem prezydenta R. Erdogana było wypuszczenie części ludzi z obozów dla uchodźców w kierunku Europy, by wywrzeć presje na Unii w sprawie Syrii. Poza tym część tych Syryjczyków uczestniczyła w Arabskiej Wiośnie i w połączeniu z tureckimi Oburzonymi jak i Kurdami stanowiliby nie lada problemem dla Erdogana. Migranci stali się zakładnikami wielkiej polityki.

 

Nie oczekujmy od Arabii Saudyjskiej, która ma u siebie wahabitów, że przyjmie nagle wiele tysięcy Syryjczyków. To tak jakby próbować połączyć salafitów z sufitami albo katolickich ortodoksów z katarami ( jeśli zastosować porównania z historii Europy). Tym samym zdestabilizujemy kolejny kraj.

 

Podczas dwóch wojen czeczeńskich jak i wojny w Jugosławii też ludzie migrowali, i nie było problemów z przyjęciem ich zarówno w UE oraz w Polsce. Jednak dzisiejsza sytuacja jest trochę inna niż wtedy. Po pierwsze była lepsza sytuacja gospodarcza. Dwa, islam nie miał tak robionego czarnego PR. Co do pierwszej kwestii, część ludzi w tych biedniejszych krajach Europy lub tych na dorobku, w wyniku załamania finansowego z 2008 r., obawia się, że straci swoje bezpieczeństwo lub utraci dobra materialne, co za tym idzie może być nieprzychylnie lub wrogo nastawiona do uchodźców i migrantów ekonomicznych. Do tego żyjemy po “9/11”  i terroryzm nie jest utożsamiany jako zjawisko społeczne ale jako główny składnik islamu.

 

Europie nie grozi żaden koniec cywilizacji czy islamizacja, tylko powrót władzy ekstremalnej. Śmiertelnymi chorobami dla cywilizacji nie są migracje, ale dwa zjawiska: wojna albo walka klas. Niestety bardziej obawiam się, że sami skoczymy sobie do gardeł niż tego, że Europa się dobrowolnie zislamizuje. Zarówno po prawej stronie jak i po lewej budzą się radykalizmy. Jedni atakują mniejszości a drudzy chcą siłowo obalać kapitalizm. Wobec czego mój stosunek do zaistniałej sytuacji jest taki. Z jednej strony uważam, że tym osobom, których życie jest zagrożone trzeba pomóc zarówno w Europie jak i tam na miejscu, ale jeśli chodzi o migrantów ekonomicznych to tutaj trzeba wykazać się rozwagą. Wszystkich Europa nie możemy przyjąć, z tych względów o których pisałem wyżej.

 

Kluczowymi elementami dalszej polityki powinny być:

– zakończenie wojny w Syrii i Libii, pokonanie tzw. Państwa Islamskiego,

– weryfikacja migrantów,

– utworzenie planu bardziej sprawiedliwej globalizacji pod przewodnictwem ONZ,

– rezygnacja z neokolonialnych aspiracji państw i międzynarodowych korporacji,

– stworzenie finansowego planu pomocowego dla biednego Południa – “drugi Plan Marshalla”

 

Na koniec mam taki mały apel.

Posługujmy się w swoich opiniach rozumem a nie emocjami, bo “Gdy rozum śpi budzą się demony” jak to malował F. Goya. Pamiętajmy, jak emocje zawładnęły polityką zarówno w latach 30-tych ubiegłego wieku jak i w 1968 roku. A co do podpaleń ośrodków uchodźczych w Europie, to nie tylko odpowiadają za nie neonazistowskie bojówki, ale też z dużym prawdopodobieństwem FSB. A jak chrześcijanie plus ateiści i migrujący muzułmanie skoczą sobie do gardeł, to i w Pekinie odtworzą szampana.

 

Piotr Wildanger ( Szczecin, 2015 r.).