Para w parku nocą

Para w parku nocą

 

W ich każdym pocałunku

Jest magia nie do opisania

 

W ich lustrzanym dotyku

Księżyc odpływa wraz z nurtem nocy

Od reszty zatraconego świata

Nie znającego kolorytu muzyki

Granej przez wieloosobową orkiestrę

Przyśpieszającą o pulsu takt

 

Ona

Wbija błękitne jak sklepienie paznokcie

W jego spróchniały brzuch

Z którego wypływa krwista ropa

Uwalnia go od cierpień

 

On

Muska zadartymi ustami

Jej smukłą białą szyję

Nacina zębami szorstką skórę

Wysysając ból narodzin

 

Dalej trzymają się za ręce

Wśród poronień zaćmień życia

Gwieździstego rdzawego firmamentu

Białych marmurowych krzyży

Wyrzuconych obryzganych smołą organów

 

Nikt nie kopiuje ich ruchów czułości

Zwinnych, eleganckich,

Porażonych bliskością

 

Nikt nie zapyta księżyca

Ile będzie trwać ten taniec

Gdzie dotrze ostatnie znamię

Scalenia dwóch przeciwieństw

 

Czy ktoś kupi szczęście w parku

Lekarstwo na fobie

W plastikowym worku

Nie wiem

Naprawdę

 

W ich każdym pocałunku

Jest magia nie do opisania

 

Piotr Wildanger